W tym cyklu będę publikował opowiadania, które napisałem na podstawie prawdziwych, zasłyszanych gdzieś i kiedyś historii. Zmienione jest miejsce i czas, zmienione imiona i nazwiska. Nie zmieniona została kanwa historii o ludzkich losach. Te historie wydarzyły się naprawdę, gdzieś tam…

Dziś pierwsze opowiadanie 

„Nigdy nie jest za późno”

Do stolika, przy którym siedziała elegancko ubrana starsza pani podeszła kelnerka i postawiła filiżankę kawy.
– Coś jeszcze podać – zapytała.
Starsza pani mechanicznie pokręciła głową, wpatrzona w młodą dziewczynę myjąca schody
prowadzące na taras i wyszeptała:
– Nie, dziękuję.
Po odejściu kelnerki Helena uniosła do ust filiżankę. Chłodna bryza od morza niosła ze sobą
oprócz powiewu rześkiego powietrza, także krzyk ptaków i głosy ludzi spacerujących po plaży
na wprost sopockiego Sofitela. Młoda dziewczyna myjąca schody, na chwilę wyprostowała
się opierając ręce na mopie i poprawiła spadające włosy. Ten gest wzbudził w starszej pani lawinę wspomnień.

Miała 25 lat, kiedy jej wymarzone, choć jeszcze niespełnione życie legło w gruzach. Jej mąż
wyjechał do Wrocławia i nigdy więcej do niej nie wrócił. Została sama z dwójką małych
dzieci. Ania miała 4 latka Piotruś 2. Mąż planował ten wyjazd od kilku miesięcy, bo tam miał
już nowa pracę i nową rodzinę. Nie mogło jej się to w głowie pomieścić, że została bez pracy,
środków do życia, bez perspektyw i nadziei na przyszłość. W dodatku przy pustych sklepach,
kartach na wszystko i niepewności, jaką niósł ze sobą początek lat osiemdziesiątych.
Zajmowała się domem i dziećmi. To mąż załatwiał wszystko i przynosił pieniądze do domu.
Teraz musiała dać sobie radę. Zaczęła od znalezienia pracy. Sprzątała w biurze w PSS Społem,
dodatkowo po kilku tygodniach zaczęła sprzątać biurowiec w zakładzie produkcyjnym. Obie
firmy były blisko siebie, więc nie traciła czasu na dojazdy. Ania poszła do przedszkola,
Piotrusiem, zajmowała się jej matka. Gdy wracała z pracy, gotowała, co umiała i z czego się
dało, prała, cerowała, prasowała, zajmowała się dziećmi. Panie z biura, jak je wtedy
nazywała, przynosiły ubrania po swoich dzieciach, załatwiały jakieś dodatkowe drobne prace.
Jakoś z trudem, ale wiązała koniec z końcem. Mąż płacił alimenty, a czasami przysyłał nawet
jakieś drobne pieniądze, zwłaszcza, kiedy prosił, aby zgodziła się na rozwód. Zawsze mówiła
„nie”. Dzieci rosły i im były starsze tym bardziej pomagały. Nie szukała innych mężczyzn, nie
miała na to czasu, ani ochoty. Powoli swoje kobiece potrzeby zamknęła głęboko w
zakamarkach umysłu. Dla swoich dzieci, była pępkiem świata. Doceniały i rozumiały ile dla
nich robi i jak trudno jej walczyć każdego dnia. Odpłacały jak mogły. Uczyły się doskonale. W
domu szybko podzieliły obowiązki między siebie i starały się, jak najbardziej odciążać matkę.
Była im za to niezmiernie wdzięczna. Ponieważ potrzeby rosły, sprzątała już w czterech
firmach.
Ania pierwsza poszła na studia, dostała stypendium, pracowała dorywczo i wkrótce sama
siebie utrzymywała. Piotr po dwóch latach poszedł w ślady siostry. Miała 45 lat, kiedy mogła
trochę zwolnić i zacząć myśleć o sobie. Nie zrobiła tego, bo wiedziała, że dzieciom na start
będą potrzebne pieniądze, a na swojego ojca nie miały, co liczyć.
Kiedy Ania oznajmiła, że wychodzi za mąż urządziła jej skromne przyjęcie weselne z
odłożonych pieniędzy. Na przyjęciu mąż poprosił ją ponownie o zgodę na rozwód,
powiedziała, że da mu rozwód, ale dopiero, kiedy Piotr się ożeni. Stało się to 3 lata później.
Miała 50 lat, była zmęczona i spracowana, ale poczuła ogromną satysfakcję i pełnię szczęścia,
że jednak jej się udało. Wychowała dzieci na mądrych i dobrych ludzi. I dokonała tego sama.
Nigdy nie wstydziła się tego, że sprząta, że nie ma wykształcenia. Wkrótce mnóstwo młodych
ludzi z wykształceniem, zaczęło wyjeżdżać i sprzątać poza granicami kraju. To odkrycie kiedyś
bardzo ją rozbawiło.
Po jakimś czasie za namową dzieci wyjechała do Nałęczowa, do sanatorium.
Pierwszy tydzień spędziła na niekończących się spacerach po parku. Zafascynowana
miejscem, jego urokiem i nieznanym jej uczuciem beztroski, przemierzała parkowe alejki
wzdłuż i wszerz. W niedzielę przyjechały jej dzieci i Ania oznajmiła, że jest w ciąży. Płakały
długo przytulone do siebie. Kiedy wracała do swojego sanatorium upojona szczęściem i
radością dostrzegła na ławce człowieka, który dość dziwnie się zachowywał. Podeszła bliżej i
zapytała czy może jakoś pomóc. Mężczyzna wskazał na kieszeń, nie mogąc złapać oddechu.
Sięgnęła do jego marynarki i odnalazła buteleczkę z dozownikiem. Delikatnie wsunęła
dozownik w usta starszego pana i nacisnęła. Po kilku chwilach oddech mężczyzny uspokoił się
i na jego twarzy pojawił się uśmiech.
-Bardzo pani dziękuję. Jestem alergikiem i niestety tak coś mi się nagle przydarzyło. No, ale
Bóg czuwa i zesłał mi anioła. – Odetchnął głęboko kilka razy, po czym wstał i wyciągnął rękę –
Pani pozwoli, że się przedstawię. Ryszard Bielski. – Uścisnął jej dłoń i delikatnie ją pocałował.
Mechanicznie wymieniła swoje imię i nazwisko, czując dziwny niepokój w sercu.
Następny tydzień spędziła w towarzystwie uroczego pana Ryszarda. Spacerowała z nim
codziennie po parku, wiodąc z nim niekończące się dyskusje na wszelkie możliwe tematy.
Nawet, jeśli w jakimś temacie się nie orientowała lubiła słuchać tego, co mówił jej nowo
poznany znajomy. Jego wiedza wydawała się niewyczerpana i kompletna. Potem dała się
namówić na wyjazd do pobliskiego Kazimierza. Tam okazało się, że historia jest ogromną
pasją pana Ryszarda i może o niej opowiadać bez końca. Fascynowało ją, że są tacy ludzie na
świecie, a najbardziej cieszyła się z tego, że mogła kogoś takiego poznać i spędzić w jego
towarzystwie odrobinę czasu, czasu, który miała wrażenie stanął w miejscu.
Ogarnęła ją pustka, kiedy kilka dni później Ryszard wyjechał do domu. Park stracił swoją
magię, a życie sanatoryjne zaczynało irytować. Z ulgą powitała syna, który po nią przyjechał.
W domu czekała na nią Ania z mężem i żona Piotra. Opowieściom nie było końca, ale jakoś
nie mogła opowiedzieć swoim dzieciom o tej dziwnej znajomości, jak ją w myślach nazywała.
Dziwnej, bo niedającej spokoju, bo gdzieś tam w umyśle budzącej, dawno zapomniane
uczucia. Kiedy nastał wieczór rozległ się dzwonek przy drzwiach. Jej zdumienie przerodziło
się w zmieszanie, kiedy ujrzała Ryszarda z bukietem kwiatów.
– No ładnie, tylko mamusię z oczu spuścić – usłyszała za plecami kpiący komentarz Piotra.
Jej sanatoryjna znajomość błyskawicznie oczarowała całe towarzystwo.
– Uroczy facet – roześmiana Ania ucałowała ją w policzek, kiedy w kuchni robiła herbatę.
– Przestań – skarciła ją i po raz kolejny tego wieczora zarumieniła się po uszy.
Było tuż przed północą, kiedy pan Bielski powiedział:
– Helenko, skoro jest tu twoja najbliższa rodzina, chciałbym przy wszystkich bardzo
serdecznie zaprosić cię do siebie do domu. Mam w Aninie pod Warszawą mały domek z
pięknym ogrodem, gdzie mogłabyś odpocząć po tych sanatoryjnych szaleństwach, a przy
okazji spędzilibyśmy trochę czasu i dokończyli tematy, których nie zdążyliśmy dokończyć w
Nałęczowie. Będziesz miała do dyspozycji pokój tylko dla siebie, a ja postaram się umilić ci
ten czas.
Pojechała do Anina. Zakochała się w domu, w ogrodzie, ale przede wszystkim zakochała w
jego właścicielu. Została tam na zawsze. Ryszard okazał się człowiekiem niezwykle ciepłym,
kochającym i umiejącym stworzyć niebo i raj na ziemi. Opowiedziała mu o swoim życiu, a on
postanowił jej wynagrodzić lata, które przeminęły na ciągłej walce o przetrwanie. Miał
ogromnie dużo pieniędzy i sprawiało mu radość wydawanie ich dla niej. Jeździł z nią po
świecie, poznała Meksyk, Dominikanę, Wyspy Kanaryjskie, Grecję, Hiszpanię i Włochy.
Chłonęła ten wspólny czas, pochłaniała każdy pokazany jej fragment świata. Nigdy nie
zaznała takiego dobrobytu. Nie brakowało jej niczego. Kochała go miłością piękną,
prawdziwą, szczerą i bezwarunkową. W zamian dostała to samo. Ostatnie lata były jak sen,
wymarzony, kolorowy, momentami nie realny. Jej sen. Nie przerwała go nawet jej choroba.
Wygrała z rakiem, jakby to był spacer po parku zdrojowy. Po prostu założyła, że musi żyć i
musi być zdrowa, bo dopiero zaczęła oddychać pełną piersią.
Patrzyła na dziewczynę myjącą schody. Tak jak ona kiedyś.
Poczuła dotknięcie na ramieniu i jej twarz rozpromienił uśmiech. Jej królewicz delikatnie
musnął jej szyję i podał szal.
– Okryj się kochanie, wiatr od morza jest chłodny – powiedział patrząc na nią z uwielbieniem.
Ucałowała jego dłoń.
– Dziękuję.
Wstała i powoli podeszła do myjącej schody dziewczyny. Spojrzała jej w oczy, uścisnęła jej
rękę i powiedziała:
– Nigdy nie jest za późno. Nigdy. Pamiętaj – uśmiechnęła się i wróciła do tego, który był jej
drugą połówką i wtuliła się w jego drobne, delikatne ramiona.
Dziewczyna popatrzyła za nią z zazdrością, a potem zauważyła, że trzyma w dłoni
dwustuzłotowy banknot.